Makijaż, Naturalne kosmetyki, Pielęgnacja, Ulubieńcy

Ulubieńcy czerwca 2017

Hej 🙂

 

 

Czerwiec w moim domu trwał chyba tylko tydzień… Czas jakoś niesamowicie przyspiesza po dwudziestce, ale po trzydziestce, to po prostu pędzi. Aż się boję, co będzie dalej, bo w sumie do tej czterdziestki, to wcale nie tak daleko. I mimo że miałam w tym miesiącu trochę więcej czasu dla siebie, to i tak nie udało mi się zająć wszystkim tym, co miałam w planach. W każdym razie zdążyłam przynajmniej pozachwycać się w tym miesiącu kilkoma ciekawymi produktami i za chwilę je Wam przedstawię.

 

 

Przechodząc do konkretów, pierwszym ulubieńcem czerwca jest niesamowicie pachnąca pomadka z peelingiem Sylveco. Trochę zdążyłam o niej zapomnieć, ale na szczęście wpadłam na nią przez przypadek w czerwcu i zachwycam się nią do tej pory. Pomadka jest przede wszystkim bardzo odżywcza i natłuszczająca. Ma w sobie drobinki cukru, którymi można wykonać mały masaż ust, co nie tylko pomaga pozbywać się suchych skórek, ale też nadaje ustom zdrowy, naturalny czerwony odcień. Wartością dodaną (i chyba najbardziej wpływającą na moją miłość do tej pomadki) jest przepiękny, smakowity marcepanowy zapach. Choć podobno ten zapach ma zostać zmieniony w nowej recepturze? Sylveco, jeśli tu jesteście, to powiedzcie, że to nie prawda…

 

 

 

Moim drugim ulubieńcem czerwca jest przeciwzmarszczkowy krem na noc z serii Eternal Gold Organique. To jest krem, który dostałam w prezencie i uwielbiam go od pierwszego zastosowania. Nie tylko za zapach 😉 Krem daje mojej skórze przyjemne ukojenie wieczorem i bardzo silne uczucie odżywienia. Jest lekko natłuszczający, ale nie przesadnie i dość dobrze się wchłania. Rano skóra jest lekko wygładzona, zregenerowana i wygląda bardzo ładnie. Działania przeciwzmarszczkowego nie potrafię zbytnio ocenić, ale i tak uwielbiam ten krem.

 

 

Kolejny ulubieniec kosmetyczny czerwca, to olejek antycellulitowy Orientana. Olejek stosuję, jak tylko sobie przypomnę, czyli mniej więcej co trzy dni (choć chciałabym częściej). Olejek zawiera silnie działające wyciągi roślinne, które mają stymulować krążenie, usuwać toksyny, pomagać spalać tłuszcz i ujędrniać. W spalanie tłuszczu nie do końca wierzę, natomiast ujędrnienie skóry jest zdecydowanie widoczne. Mój cellulit niestety nadal ma się całkiem nieźle, ale skóra i tak wygląda zdecydowanie lepiej. Żeby olejek dobrze się wchłonął trzeba go dość mocno wmasowywać, a dobry masaż oczywiście sprzyja poprawie stanu skóry. Bardzo go lubię!

 

 

 

Ostatnim ulubieńcem z serii kosmetycznej jest paletka 100% Pure, czyli Fruit Pigmented Pretty Naked Palette. W tym miesiącu nie malowałam się zbyt często. Raczej królował tusz i krem tonujący, ale gdy tylko robiłam coś więcej, to zazwyczaj sięgałam po tę paletkę. Miałam ją również ze sobą w maju na krótkim wyjeździe i dzięki temu nie zabierałam dodatkowo różu ani rozświetlacza. Paletka świetnie spisuje się na dzień. Zawiera trzy cienie do powiek w delikatnych, naturalnych odcieniach brązu, róż do policzków i różowy puder rozświetlający. Na moje potrzeby makijażowe to nawet więcej niż potrzeba. Cienie są delikatne, mięciutkie i przyjemne. Mimo takich stonowanych i wydawałoby się delikatnych kolorów, mogłabym spokojnie pomalować się nimi na jakieś wieczorowe większe wyjście. Paletka ma w sobie lusterko, co jest wielkim plusem. A co najfajniejsze, kosmetyki 100% Pure są barwione wyłącznie pigmentami z owoców, warzyw i nasion. Sama natura i na dodatek dobrze wpływają na skórę.

 

 

Kolejnym moim ulubieńcem czerwca jest coś pysznego i zdrowego do jedzenia, czyli chipsy jabłkowe. Zajadam się nimi ostatnio razem z młodszą córką (starsza jednak spodziewała się, że skoro to chipsy, to będą smakowały i wyglądały trochę inaczej i była lekko zawiedziona). Skład to same jabłuszka, więc bardzo zdrowo, ale można po nie sięgnąć, gdy mamy nieodpartą potrzebę pochrupania czegoś. Wiem, że można takie zdrowe chipsy bez problemu zrobić w domu i może się za to kiedyś zabiorę, ale na razie wolę takie gotowe. A może poproszę teściową, bo ona czasami takie chipsy robi. A mi pewnie jednak nie będzie się chciało… 🙂

 

 

 

No i ostatni ulubieniec minionego miesiąca: książka Marie Kondo Magia sprzątania. Książkę Marie Kondo czytałam już jakieś dwa lata temu, później zdarzyło mi się do niej zajrzeć, ale w tym miesiącu Marie wróciła na dobre do mojego życia (i domu). Doszło do tego, że puszczam sobie audiobook w tle i zasypuję podłogi stertami rzeczy. Jeszcze nie przebrnęłam przez wszystkie kategorie z książki (część pozamieniałam), ale „magia sprzątania” trwa. Oczywiście, że miejscami książka jest lekko dziwna (ale skoro jej autorka od dzieciństwa uwielbia porządkować dom, to czego się można po niej spodziewać?). Lecz to jest dla mnie bardzo pozytywne i zaraźliwe dziwactwo 🙂 Polecam książkę tym wszystkim, którzy czują, delikatnie to nazywając, że mogą mieć pewien problem z rzeczami i porządkowaniem…

 

 

I to już wszystko, czym chciałam się z Wami dziś podzielić. Mi te wszystkie rzeczy niesamowicie umilały miesiąc i na pewno nie wylądują w szufladzie również w lipcu. A co Wam przynosiło radość w tym miesiącu?

 

Buziaki!!!

 

 

 

 

PS. Jeśli ktoś dotrwał do końca, to jako bonus dorzucam wersję gadaną 😉

 

 

 

 

  • Ten olejek z orientany mnie zaciekawił 😉

    • Dorota

      Moim zdaniem warto po niego sięgnąć – choć ja jestem też bardzo ciekawa balsamu wyszczuplającego Resibo i jak skończy się olejek Orientany, to pewnie z ciekawości sięgnę po kosmetyk Resibo 😉