Jak wydobyć naturalne piękno? 5 kosmetyków, które Ci w tym pomogą

Hej 🙂

 

 

Daleka jestem od stwierdzenia, że tylko kosmetyki wydobywają z nas piękno. Wręcz przeciwnie, uważam, że najpiękniejsi ludzie to ci, o pięknym wnętrzu. Nad pięknem wewnętrzne staram się pracować na codzień. A jednak miewam takie dni, gdy jednak czuję, że odrobina zewnętrznego upiększenia nie zaszkodzi. Przedstawię Wam dziś kosmetyki, które pomagają mi poczuć się lepiej, gdy mam nie tylko bad hair day, ale wręcz bad face day 😉

 

 

Może z tym „bad face day” trochę przesadziłam. Chociaż może nie do końca. Chodzi mi o to, że w te gorsze dni zazwyczaj nie wyglądam jakoś zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Hmm czasami może jestem trochę opuchnięta, zaczerwieniona i niedoskonała (w sensie z niedoskonałościami). Ale zazwyczaj, obiektywnie nic się nie zmienia. Po prostu z jakiegoś powodu mam gorsze samopoczucie, gorszą samoocenę i odbieram siebie gorzej. A to zdecydowanie odbija się na całokształcie i na powodzeniu mojego dnia.

 

Jak sobie z tym radzę? Oczywiście w idealnym świecie wychodzę na spacer na łono natury, piję wodę i medytuję. A w tym normalnym świecie, po prostu szybko sięgam po kilka sprawdzonych kosmetyków (a te sposoby z idealnego świata oczywiście w następnej kolejności też próbuję wprowadzić, ale już na spokojnie i jeśli akurat znajdę na nie wolną chwilę). Słowa klucze to jednak w moim przypadku umiar i delikatność.

 

 

 

 

Uwaga, wymieniam moje kosmetyki, które czasami pomagają mi wydobyć naturalne piękno, zwłaszcza wtedy gdy jakoś nie potrafię go sama odnaleźć (kolejność przypadkowa):

 

  • rozświetlacz

Rozświetlacz poznałam wcale nie tak dawno temu. Przez większość mojego życia nie byłam świadoma jego istnienia. Teraz nadal dość często radzę sobie bez jego pomocy. A jednak rozświetlacz ma w sobie jakąś taką magiczną moc. Wcześniej sięgałam po rozświetlacz TheBalm (i do tej pory mi się to zdarza) – jest on jednak bardzo intensywny. Później poznałam Living Luminizer RMS Beauty (w uroczej paletce, o której wkrótce napiszę coś więcej).

Wiem, że nie każdemu odpowiada super błysk i efekt, jaki dają rozświetlacze. Moim zdaniem odrobinka zdrowego blasku, czy to jako wykończenie makijażu, czy jako jedyny użyty kosmetyk (akurat produkt RMS w tym przypadku bardzo dobrze się sprawdza) mający dać wrażenie, jakbyśmy właśnie wyszły ze spa, nie powinien zaszkodzić. A wręcz może sprawić, że same na siebie spojrzymy przychylniejszym okiem.

 

 

  • lekki podkład lub krem koloryzujący

„Lekki” jest w tym przypadku bardzo istotnym słowem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że bywają takie chwile w życiu niemal każdej kobiety, gdy wydaje się, że jedynie gruba warstwa szpachli może nam pomóc wyglądać względnie dobrze (i nie wyśmiewam absolutnie, bo choć nie miałam nigdy strasznych problemów z cerą, to jednak doskwierał mi umiarkowany trądzik w okresie dojrzewania, a i teraz nie zawsze bywa kolorowo).

A jednak ja jestem wielką zwolenniczką bardziej naturalnego wyglądu i raczej delikatnego upiększania niż mocnego zakrywania. Zresztą gruba warstwa na twarzy po prostu mi przeszkadza. Wolę sięgnąć po kosmetyk dający delikatniejszy efekt, a jedynie punktowo zastosować produkt korygujący. Efekt photoshopa podoba mi się na zdjęciach – na żywo i na żywych człowiekach zdecydowanie bardziej lubię efekt żywej skóry. W przypadku problemów z trądzikiem lub dużymi niedoskonałościami warto wypróbować bardziej kryjące kosmetyki, ale spośród tych mineralnych. Efekt ich pracy, mimo większego krycia, jest nadal bardziej delikatny. Na dodatek potrafią działać leczniczo na skórę. Moim wakacyjnym hitem był  mineralny podkład Rhea w olejku, który sprawiał wrażenie, że używam kosmetyku pielęgnacyjnego, a nie tego do makijażu.

 

 

 

 

 

  • róż na policzki

Róż to kosmetyk, który w niesamowicie prosty sposób potrafi ożywić nawet najbardziej bladą, zmęczoną i poszarzałą twarz. Nie trzeba absolutnie użyć go dużo, aby uzyskać ładny efekt (choć tu akurat ja zdecydowanie mam ostatnio tendencje do przesady). Nawet zupełnie nieumalowana twarz leciutko muśnięta różem będzie sprawiała wrażenie zdrowszej, a podkreślone policzki same wyrywają się do uśmiechu. Czasami lubię róż nakładać nie na kości policzkowe, a bardziej w stronę środka polików, co może nie jest zbyt profesjonalne (może być nawet przez niektórych traktowane, jako poważny błąd makijażowy), ale moim zdaniem daje bardzo ciekawy efekt zarumienienia – nie jak bułka w piekarniku, tylko jak rumieńce u dziecka – ale chyba rozumiecie o co mi chodzi (?).

Co najlepsze róż możemy z powodzeniem nałożyć również na powieki, co ostatnio czasami mi się zdarza. Co jeszcze ciekawsze, zamiast różu na policzki możemy nałożyć odrobinkę swojej pomadki w ulubionym kolorze (no może poza tą czarną i fioletową). Ale taka w odcieniach różu czy czerwieni na pewno sprawdzi się bardzo dobrze. Dodatkowo pomadka nada skórze delikatny blask. Chyba stąd ostatnio spora popularność tzw. tintów. Jeśli jest na to polskie słowo, to błagam, niech ktoś mnie uświadomi…

 

 

  • kosmetyk intensywnie nawilżający

Krem lub olej. Lub najlepiej jedno i drugie. Olej koniecznie nałożony na hydrolat lub inny produkt o działaniu nawilżającym (może być nawet żel aloesowy), bo sam może nie zapewnić odpowiedniego poziomu nawilżenia. Przesuszona cera nigdy nie wygląda dobrze i nie czuje się dobrze. Dlatego z wiekiem, coraz bardziej doceniam wszelkie kosmetyki nawilżające oraz te odżywcze o bardziej olejowej konsystencji. I to nie tylko w przypadku wieczornej pielęgnacji (w której zresztą użycie oleju w jakiejkolwiek postaci stało się dla mnie prawdziwym rytuałem).

Bez zapewnienia odpowiedniego nawilżenia skórze nawet najlepszy makijaż nie wygląda u mnie dobrze. Ale powiem więcej, od kiedy zaczęłam stosować oleje, zdarzają mi się takie dni, gdy już samo wmasowanie olejku w skórę sprawia, że czuję się piękniejsza – po prostu bardziej zadbana. Czy nie macie tak, że gdy ktoś się o Was zatroszczy, to od razu robi się przyjemniej? Czujecie się bardziej kochane? No więc ja już jakiś czas temu postanowiłam, że będę sobie sama okazywać troskę. I jest mi z tym całkiem dobrze 🙂

 

 

 

 

  • tusz do rzęs

Jeśli miałabym wybrać jeden, jedyny kosmetyk, który mogłabym sobie zostawić, to obecnie byłby to tusz do rzęs. Albo rozświetlacz. Albo róż. Albo podkład. Hmm tak serio, to nie wiem, czy potrafiłabym wybrać tylko jeden. Ale pewnie jednak byłby to tusz do rzęs. Jakkolwiek bardzo lubię po całym dniu wreszcie zmyć tusz z rzęs i zobaczyć takie moje normalne, gołe oczy, to jednak bardzo lubię też patrzeć, jaką różnicę rano daje nałożenie nawet tylko jednej cienkiej warstwy maskary. Jak powiększa i otwiera oczy. Jak sprawia, że wydają się mniej zmęczone. W jaki po prostu fajny sposób je podkreśla. A do makijażu „no makeup” bardzo ładnie pasuje lekkie wytuszowanie jedynie zewnętrznego kącika oka.

 

 

I to są moi podstawowi kosmetyczni sprzymierzeńcy, którzy pomagają mi wydobywać moje naturalne piękno 😉 A przynajmniej w tym jego zewnętrznym aspekcie. No i na koniec nie mogę się powstrzymać, aby nie zacytować wspaniałej Audrey Hepburn:

 

Piękno kobiety nie przejawia się w ubraniach, które nosi, w jej figurze lub sposobie w jaki układa włosy. Piękno kobiety musi być widoczne w oczach, ponieważ są one drzwiami do jej serca – miejsca gdzie mieszka miłość

 

BUZIAKI!!! 🙂