PROJEKT SZCZĘŚCIE – grudzień, czyli porządek i odgracanie

Hej,

 

 

Całe życie wydawało mi się, że artystyczny bałagan to jest to, co mi pasuje. Że ja po prostu nie potrafię i nie mogę mieć porządku, bo taką już mam bałaganiarską duszę. Mama próbowała mnie zmuszać do porządkowania, ale mówiąc szczerze, raczej średnio jej to wychodziło. Naciskała jednak, więc coś czasami robiłam. Ale gdy już wreszcie wyprowadziłam się z rodzinnego domu… Co się działo, to pominę milczeniem 😉

 

 

W grudniu rozpoczęłam mój Roczny Projekt Szczęście. Jego założenia przeczytacie w tym wpisie. Natomiast cały harmonogram działań rozpisany na miesiące możecie sobie podejrzeć tutaj. A w dwóch słowach i w uproszczeniu to jest mój plan na bardziej szczęśliwe życie.

 

 

Grudzień jest według moich ustaleń miesiącem porządkownia.

 

Grudzień - Porządek

Grudzień będzie poświęcony na porządkowanie i ogólne odgracanie mojej przestrzeni i mojego życia. Główne zadania, jakie przed sobą stawiam to:
  1. Minimalizowanie (odgracanie) i zaprowadzenie porządku w domu
  2. Ustalenie rutyny sprzątaniowej
  3. Ograniczenie dopływu przedmiotów

 

Muszę przyznać, że zaczęłam od razu. Zaczęłam pełną parą i po dwóch dniach ciężkich robót padłam. Przez dwa dni byłam pełna energii. Z szalonym wyrazem twarzy przerzucałam nasze rzeczy z przeznaczeniem do oddania, do wyrzucenia, do schowania daleko poza zasięgiem dzieci… To był jakiś amok. Niestety po tych dwóch intensywnych dniach moja energia się wyczerpała i na samą myśl o porządkowaniu robiło mi się słabo. To chyba nie jest dobry kierunek na drodze do szczęścia?

 

 

A zatem postanowiłam zacząć wszystko od początku. Z głową. I przede wszystkim z planem. Tak, dobrze widzicie – opracowałam kolejny plan. Ostatecznie odznaczanie wykonanych punktów na listach do zrobienia jest świetnym źródłem dopaminy (a to wiąże się przecież z bardzo przyjemnymi uczuciami). Co więcej, zapisałam sobie w moim planie nawet te czynności, które już wykonałam. Po to tylko, aby móc je natychmiast wykreślić i od razu poczuć się lepiej 🙂

 

A dokładniej mówiąc wyznaczyłam sobie rejony i kategorie, którymi zajmę się w tym miesiącu. Wyszło mi coś takiego:

  • zabawki dziecięce
  • ubranka dziecięce
  • moje ubrania
  • ubrania P.
  • kuchnia
  • lodówka
  • książki
  • dokumenty
  • kosmetyki
  • koci korytarz
  • moje biuro
  • pralnia
  • garaż

 

Jak widzicie mamy tu i kategorie przedmiotów i pomieszczenia. Darzę ciepłym uczuciem metodę Marie Kondo, lecz jest ona dla mnie jednocześnie zbyt rygorystyczna. Nie mogłabym zastosować się słowo w słowo do książki Magia Sprzątania, no  chyba że wyrzuciłabym rodzinkę na dwa tygodnie na Księżyc. Pewnie też bardzo szybko bym się zniechęciła. Inspiruję się książką, ale odgruzowywanie wykonuję po swojemu. Z tego właśnie powodu powstały powyższe kategorie. Na pierwszy rzut oka mogą się one wydawać dziwne i nielogiczne. Ale jest w nich głębsza logika (moja logika, więc niekoniecznie do końca logiczna). To są po prostu te kategorie, które w mojej głowie wymagają poprawy i nie dają mi spokoju. Myślę, że będzie mi łatwiej szukać mojego szczęścia, jeśli nie będę musiała myśleć o tym, że na korytarzu za drzwiami piętrzą się kartony z niewiadomo czym.

 

 

 

 

 

Jaki jest stan na dziś, czyli 19 grudnia?

Kosmetyki zostały względnie ogarnięte. Część moich prac możecie zobaczyć w filmiku tutaj – utworzyłam w nim moją szufladę z zapasami. Wiem też, co muszę poprawić w kwestii kosmetyków: nieprzemyślane, impulsywne zakupy, które sprawiają, że mam teraz zapas 6 różnych maseł, a najczęściej nie sięgam po żadne, bo nie mogę się zdecydować…

 

Ubrania drugiego połówka zostały ogarnięte w zaskakująco szybkim tempie. Myślałam, że z tym będzie największy problem, a w sumie wystarczyło zaciągnąć siłą do pokoju, wyrzucić wszystkie ubrania na podłogę i wręczać po jednej sztuce do szanownych rąk szanownego mężczyzny. Męska wersja KonMarie w moim domu okazała się bardzo szybka i sprawna. Nie było żadnych sentymentów, nie było „a może się przyda, a może kiedyś” (no może z wyjątkiem dziwnie wielkiego zapasu spranych t-shirtów – ale przecież wszystkie będą nadawały się do spania…). A jednak po wielkiej czystce nawet ta góra koszulek zmieściła się na półce, więc już nie naciskałam. Wydaje mi się, że po tej wspólnej świetnie wykonanej robocie poczuliśmy się dużo lżej, a i wspólna szafa wygląda teraz zdecydowanie przyjemniej.

 

Moje ubrania odgracam już teraz stopniowo. Przeszły one w tym roku spotkanie z Marie Kondo, więc już na samym początku nie było źle. Zauważyłam jednak w przypadku mojej garderoby, że odgracanie, to jest taki ciągły proces. Bo przecież co jakiś czas coś się zniszczy, robi się nowe zakupy, niekoniecznie udane i w szafie regularnie pojawiają się rzeczy, które nie powinny się w niej znajdować. Staram się teraz wyciągać wnioski z moich zakupów. Po ostatnich większych zakupach, mogę już z całą pewnością powiedzieć, że nie chcę więcej swetrów z akrylu. Choćby nie wiem, jak były piękne. Wizualnie nadal bardzo mi się podoba ten sweterek w czarno-białe pasy. Nieskromnie uważam też, że bardzo mi w nim ładnie. A jednak trochę mnie denerwuje to, że elektryzuje się i strzela przy każdym dotknięciu. Nie jest też już tak milusi, jak na samym początku. Drugi wniosek jest taki: nie myśl o przyszłych postach na bloga w trakcie ładowania ubrań do pralki dziewczyno! skoncentruj się na praniu, bo możesz w efekcie skurczyć jeden z ładniejszych sweterków, który przez przypadek dostanie się do pralki, a wtedy będzie Ci bardzo przykro… Moje ubraniowe porządki były zatem raczej czasem refleksji i opracowaniem planu na przyszłość oraz wprowadzeniem pewnych raczej drobnych zmian i poprawek. A jednak szafa kolejny raz zrobiła się dużo lżejsza, bardziej przejrzysta, a ja trochę lepiej wiem, co mam dziś na siebie założyć i nie tracę czasu na zbędne rozkminki.

 

 

Ubranka dziecięce i zabawki to chyba temat na oddzielny wpis i pole do popisu na kolejne miesiące. Część zabawek została spakowana do kartonów i schowana. Dziewczynki nawet nie zauważyły jakiegokolwiek braku. Emilka widząc wysprzątany salon z ograniczoną conajmniej o połowę ilością dziecięcych gratów spytała jedynie, gdzie są jej zabawki. Odpowiedziałam, że zaniosłam do ich pokoju, co tylko częściowo nie jest zgodne z prawdą, bo spora część rzeczywiście tam trafiła. Ta odpowiedź usatysfakcjonowała moją starszą córkę i więcej pytań o zabawki nie było. Zauważyłam, że teraz dziewczyny dużo częściej same wymyślają sobie zabawy i nie ma już ciągłych pytań: „mama, i co ja mam teraz zrobić?”. Mimo sporych zmian, uważam, że moja robota na tym polu jeszcze nie została skończona. Salon nadal wygląda bardziej, jak pokój zabaw niż, jak pokój dorosłych człowieków. Może wyrobię się do końca miesiąca z tym, żeby jeszcze trochę zmian tu wprowadzić.

 

Ubranka natomiast i wnękowa szafa dziewczynek nadal mnie przeraża. Już w okolicach wakacji spakowałam i porozdawałam wszystkie za małe ciuszki. Z domu wyszło kilka kartonów, a szafa dalej pęka w szwach. Doszłam do wniosku, że mały człowiek nie potrzebuje wcale dużo więcej ubrań niż duży człowiek. Owszem, trochę bardziej się brudzi, ale przecież nie przebieram moich dzieci co godzinę (raczej czasami udaję, że nie widzę tych drobnych plam po jedzeniu i flamastrach…). Emilka zdecydowanie ma już swój ulubiony styl w ubiorze. Mogłaby nie nosić nic innego poza sukienkami. Zuzia preferuje na razie po prostu wygodne, proste ubrania, które zbytnio nie krępują jej ruchów. Plan na dziś jest taki, aby pozbyć się tych dziecięcych ciuszków, których dziewczynki zbytnio nie lubią, po drugie tych, które nie są wygodne, po trzecie tych, których ja nie lubię im z różnych powodów nakładać, po czwarte tych, które są już bardzo zniszczone. I chyba siedzę teraz nad tym wpisem tylko po to, aby się za te ubraniowe porządki nie zabierać 😉

 

 

 

 

Lodówka ogarnięta. Muszę teraz zdecydowanie przygotować sobie jakiś plan posiłków na najbliższe tygodnie, aby pozbyć się starszej części zapasu z zamrażarki, która jest wypełniona po brzegi, a mi się zazwyczaj wydaje, że i tak nie mamy co jeść. Kuchnia ruszona tylko częściowo.

 

Pozostała mi jeszcze kuchnia w dalszej części, książki i dokumenty, mój pokój, który miał być gabinetem, a jest składowiskiem książek i magazynkiem na lampy i statywy. Został wreszcie garaż i koci korytarz, na którym można natrafić na różne przedziwne rzeczy – do tej części sprzątanie będę chyba jednak potrzebowała pomocy. No i zostało na końcu odgruzowanie i wprowadzenie jakiegoś ładu w pomieszczeniu z pralką. Mam kilka pomysłów, ale nie wiem, co z nich wyjdzie, bo prawdopodobnie nie obędzie się tu bez pomocy jakiegoś fachowca tudzież złotej rączki.

 

 

 

A wracając do mojej opowieści o mnie z początku tego wpisu. Nie mogłam się bardziej co do siebie pomylić. Ostatnio zrozumiałam, że to nie jest tak, że ja nie lubię sprzątać. JA BARDZO LUBIĘ SPRZĄTAĆ. I piszę to z pełną premedytacją, mimo że po pierwsze może to być wykorzystane przez moją drugą połówkę w niecny sposób. A po drugie ktokolwiek przyjdzie od tej pory do mnie do domu, będzie oczekiwał porządku, czystości i błysku. A u mnie nadal całkiem często jest bałagan. Ale już wiem, że problemem nie jest samo sprzątanie, tylko raczej moje z nim negatywne skojarzenia. Zresztą nawet o samym bałaganie przestałam myśleć w kategoriach problemu. Z zajęć u pewnego całkiem śmiesznego pana profesora zapamiętałam, że na świecie panuje entropia a wszystko wokół nas, upraszczając, w naturalny sposób dąży do chaosu. No bo w końcu nie trzeba się w ogóle natrudzić, żeby powstał bałagan, a żeby powstał porządek, to już trochę energii trzeba zużyć, prawda? Skoro to naturalne, to dlaczego ja się tak denerwowałam?

 

Dlaczego zatem sprzątam? Bo nie mam bałaganiarskiej duszy artysty. Wydawało mi się, że mam. Mam duszę, która lubi mieć poukładane otoczenie. Zauważyłam, że lepiej mi się myśli i pracuje, gdy mam wokół porządek. Jestem bardziej skoncentrowana. Duża ilość porozrzucanych wokół rzeczy z jakiegoś powodu wywołuje u mnie napięcie. Duża ilość rzeczy, których nie używam wywołuje wyrzuty sumienia. Duża ilość rzeczy na biurku przy którym pracuję rozprasza mnie. Duża ilość bałaganu w mojej przestrzeni sprawia, że nie mogę w spokoju zająć się innymi sprawami – gdzieś z tyłu głowy mam pędzące myśli o sprzątaniu.

 

 

Ogarnięta przestrzeń jest zatem bardzo pożądana i zdecydowanie jest ważnym pierwszym krokiem w moim Projekcie Szczęście. Pisałam dziś jedynie o pierwszej części na drodze do zaprowadzenia porządku wokół mnie, czyli o odgracaniu przestrzeni. Pozostał mi jeszcze punkt drugi i trzeci w moim planie, czyli wprowadzenie rutyny, a raczej rytuałów sprzątania oraz ograniczenie dopływu przedmiotów. Uważam, że bez tych dwóch kolejnych punktów żadne gruntowne porządki nie mają sensu. Ale o tym, jak to u mnie wygląda, opowiem innym razem.

 

 

BUZIAKI! 🙂

 

 

 

 

 

 

  • Przyjemna ta Twoja przestrzeń :)) I światełka robią cudny klimat ❤
    Sposób na porządek w szafie drugiego połówka brzmi niezwykle zachęcająco :DD Dałaś mi też motywację do pozbycia się moich niepotrzebnych rzeczy i ogólnych porządków.. wciąż to odwlekam, a tu już ponad połowa grudnia O.o

    • Haha no to się cieszę, że na kogoś innego też podziałałam motywująco 😉 A ja się dziś nadal jeszcze nie zabrałam za te ciuszki dziecięce, ale już sobie daję mocnego kopa i chociaż częściowo dziś chcę to ogarnąć… Potwierdzam, że ze światełkami tak jakoś cieplej się robi 🙂

  • Nikuś

    Ja juz Mężowi oznajmiłam, że wyjmuje wszystkie rzeczy z szafy i mają zostać tylko te noszone i założone choć raz i co najmniej miesiąc temu:-)))Pieknie wyszła ta Twoja szafka!!!

    • Dziękuję 🙂 Trzymam kciuki, żeby mąż dał się wciągnąć w wir porządkowania 😉