Projekt Szczęście – podsumowanie grudniowego porządkowania

Hej 🙂

 

 

I grudzień minął nie wiadomo kiedy, a ja jeszcze nawet nie skończyłam tego wszystkiego, co sobie zaplanowałam. Ale chyba nic straconego. Całe to porządkowanie i odgracanie tak mi weszło w krew, że mogłoby się wydawać, że nic innego ostatnio nie robię, a na korytarzu przybywa toreb i pudeł z pięknym napisem „DO ODDANIA”.

 

 

Na początek przypomnę Wam moje główce cele i postanowienia Rocznego Projektu Szczęście na grudzień (cały harmonogram projektu na poszczególne miesiące znajdziecie tutaj):

 

  • Minimalizowanie (odgracanie) i zaprowadzenie porządku w domu
  • Ustalenie rutyny sprzątaniowej
  • Ograniczenie dopływu przedmiotów

 

Podzieliłam sobie również dom na różne problemowe strefy i wyodrębniłam kategorie, którymi chciałam się zająć. Wstępne podsumowanie moich prac w kwestii odgracania domu możecie przeczytać w tym wpisie.

 

 

I mogę już zdecydowanie powiedzieć, że odgracanie, odgruzowywanie, wszelkie minimalizowanie przedmiotów w domu to naprawdę bułka z makiem. Czy z masłem? Znaczy, że łatwe. Przynajmniej, jeśli już się zacznie, to wręcz można wpaść w ciąg odgracania. Tak, odgracanie uzależnia w równym stopniu co czekolada i… zakupy. Już sama nie wiem, czy większą przyjemność przynosi mi zdobywanie przedmiotów, czy pozbywanie się ich.

 

 

Pozbywanie się rzeczy jest zatem stosunkowo łatwe, nadal jednak zajmuje sporo czasu i energii. Z tego powodu z mojej grudniowej listy nie tknęłam jeszcze zupełnie garażu, mojego pokoju, który nadal nie wiem, jak mam nazywać (w planach jest to w zależności od mojego nastroju gabinet, biuro, pokój do pracy, pokój do nagrywania, biblioteczka czy nawet pokój do odpoczywania). Kuchnia została ogarnięta jedynie połowicznie, a korytarz, po którym do tej pory panoszyły się odkurzacze (trzy!), kocie sprzęty i smakołyki, teraz zamienił się w przechowalnię pustych kartonów i rzeczy do oddania, które nie za bardzo wiadomo komu oddać…

 

 

Być może Marie Kondo potrafi oczyścić cały dom za jednym zamachem, ja nie potrafię. I w sumie nawet się tym nie przejmuję, od czasu gdy bardzo to moje odgracanie polubiłam. Traktuję je teraz, jako taki mój czas dla siebie i wręcz cieszy mnie myśl o dzisiejszym porządkowaniu mojego pokoju, które mam w planach na wieczór. A na dodatek moja droga pani D. przypomniała mi ostatnio, że i Marie zajęło to niemal pół roku (nie wiem, dlaczego byłam przekonana, że posprzątała raz a dobrze, czyli w jakiś tydzień). A zatem już tym bardziej się uspokoiłam, bo mam jak widać jeszcze trochę czasu 🙂

 

 

ALE, ale. To że polubiłam odgracanie, a nawet to, że całkiem dobrze mi idzie, nie sprawiło niestety, że moje otoczenie jest już idealne i zawsze wysprzątane. Dlatego też pod koniec miesiąca zaczęłam opracowywać i wprowadzać w życie kolejne dwa punkty mojego porządkowania, czyli rutynę porządkową oraz ograniczenie dopływu przedmiotów.

Jakkolwiek byśmy nie wysprzątali i nie ograniczyli rzeczy, to bez tych dwóch punktów zmiana nigdy nie będzie trwała.

 

 

Rutyna porządkowa

Ze sprzątaniem jest dokładnie tak samo, jak z dietą. Możemy oczywiście schudnąć pięć kilo w dwa tygodnie, ale jeśli wrócimy do starych nawyków, to waga wróci, a czasami nawet odbije się efektem jojo. Skuteczne odchudzanie to zmiana stylu życia. To samo dotyczy sprzątania. Nie ma co liczyć na to, że wystarczą dwa intensywne tygodnie odgracania (czy nawet miesiąc) i sprzątanie mamy z głowy już na zawsze. Aby mieć uporządkowany dom, musimy wprowadzić nowe nawyki.

Dla mnie rozwiązaniem jest codzienna rutyna porządkowa.

 

 

Po pierwsze – plan. Bez planu zazwyczaj po prostu nie robimy tego, co trzeba. A przynajmniej ja nie robię tego, co powinnam, bo po prostu o połowie spraw zapominam. Albo zazwyczaj coś robię, ale później okazuje się, że nie były to te najważniejsze rzeczy. Opracowałam więc plan, który wydaje mi się, że powinien wspomagać nasze domowe funkcjonowanie.

Określiłam najbardziej problemowe kwestie, które u nas sprawiają, że czasami boję się wpuścić do domu obce człowieki. Zdecydowanie jedną z takich problemowych stref jest kuchnia. Nawet gdy jest najlepiej wysprzątana, to bardzo szybko i niemal samoistnie pojawia się w niej nieporządek. Dlatego po pierwsze, postanowiłam codziennie rano rozładowywać zmywarkę (albo jeszcze po wieczornym zmywaniu, jeśli zdążę). Taka prosta zmiana sprawia, że łatwiej jest brudne naczynia umieszczać od razu w zmywarce w ciągu dnia, a więc blat ani zlew nie jest już tak zagracony (mała uwaga – jeśli jesteś osobą, która bez żadnego problemu, regularnie opróżnia zmywarkę zaraz po umyciu naczyń, to bardzo zazdroszczę – u nas niestety nie było to nigdy tak oczywiste, a brudne naczynia lądowały na blacie). Wprowadziłam również częstsze sprzątanie całych blatów kuchennych. W teorii dwa razy dziennie, czyli po porannym śniadaniu i wieczorem na koniec dnia. W praktyce, różnie to jeszcze bywa, ale conajmniej raz dziennie blat jest przetarty w całości (a nie tylko tam, gdzie się najbardziej nakruszyło). Takie rozwiązanie wymusza usuwanie z blatu wszystkiego, co nie powinno się na nim znaleźć, a co jednak wiecznie się na nim znajduje, bo blaty i inne powierzchnie mają jakieś przedziwne magiczne przyciąganie. Ogólne ogarnięcie kuchni przed pójściem spać to kolejny punkt w mojej codziennej rutynie.

 

 

Druga strefa to zabawki w salonie. Oczywiście pierwszym krokiem było usunięcie większości zabawek z salonu. Oczywiście kolejnym krokiem było przyniesienie jeszcze większej ilości zabawek do salonu z okazji Świąt…

I z tym już nie było tak łatwo, bo dziewczynki mocniej protestowały. Salon jest więc dalej niczym pokój zabaw, ale pracujemy nad tym. Trochę jednak lepiej radzę sobie z namawianiem dziewczynek do sprzątania po zakończonej zabawie (no dobrze, czasami trochę lepiej sobie radzę, a czasami nadal beznadziejnie i ostatecznie sprzątam sama 😉 ). Ale planem docelowym jest wysprzątanie wszystkiego z podłogi codziennie wieczorem, zanim wszyscy udamy się spać. Zdecydowanie inaczej się żyje, kiedy rano nie wita nas zabałaganiony pokój dzienny (bezpieczniejsze są również kostki, które wcześniej były mocno narażone na wszelkie skręcenia po wstąpieniu na klocek w tych porannych godzinach).

 

 

Trzecia strefa strachu to pranie. Można by pomyśleć, że oddzielne pomieszczenie na pralkę to coś niesamowitego i częściowo się zgadzam. Ale z drugiej strony takie pomieszczenie schowane przed oczami ludzi i domowników zachęca do mniej starannego podejścia do kwestii prania oraz brudnych i czystych ubrań. Łatwiej po prostu rzucić brudne ciuchy gdziekolwiek. A później rzucić na nie kolejne. I kolejne. I w drugim kącie też usypać górę ciuchów. Łatwiej też czyste ubrania wyjąć i zostawić na pralce, bo nikt tej pralki nie ogląda na codzień, więc czyste pranie może poczekać. Jak widać wszystko łatwe, trochę trudniej jednak później nadrobić zaległości, czy to w praniu, czy w rozkładaniu czystych ubrań do szafy (które zresztą po jakimś czasie nie nadają się już zbytnio do rozkładania do szafy, a raczej do ponownego prania). A zatem kolejny punkt do mojej codziennej rutyny (czy też może rytuału porządkowania i dbania o dom, co brzmi zdecydowanie przyjemniej niż rutyna…) to codzienne (!) pranie. Na początku wydawało mi się, że to przesada, ale muszę się Wam przyznać, że od kiedy codziennie wstawiam jedną pralkę, to nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym nie miała co do niej włożyć. Czy cztery osoby naprawdę tyle brudzą? Czy może raczej mamy aż takie zaległości?

 

 

Pozostał mi jeszcze do wykonania harmonogram innych powtarzalnych prac domowych. Mam w planach wykonanie harmonogramu prac cotygodniowych, jak i harmonogram roczny. Na razie odkurzanie, mycie podłóg czy mycie okien i inne tego typu czynności wykonuję raczej wtedy, kiedy uznam, że już trzeba, niż zgodnie z określonym planem. Oczywiście jakoś to funkcjonuje, wydaje mi się jednak, że dopracowany plan zdejmie mi z głowy trochę stresu i myśli typu, co dziś trzeba zrobić. Bo po prostu zawsze będzie wiadomo, co trzeba zrobić. Ale czy to zadziała, to już oczywiście na pewno poinformuję Was o tym wkrótce.

 

Ograniczanie dopływu przedmiotów

A jak mi idzie ograniczanie dopływu przedmiotów? O to spytajcie Horacego, który pilnuje nowej, świeżutkiej paczki z książkami, którą właśnie przyniósł Pan Kurier (swoją drogą kto to wymyślił tych kurierów? kręcą się tylko w kółko i dowożą nam te okropne rzeczy, których wcale nie chcemy… 😉 pozdrowienia dla taty-kuriera 🙂 ).

 

 

 

 

Ograniczanie dopływu przedmiotów to chyba najważniejszy krok spośród tych wszystkich, które obecnie wykonuję. I chyba najtrudniejszy. Wszędzie pokusy… Jak nie te nieszczęsne książki, które MUSZĘ mieć (mimo zakupionego dwa lata temu czytnika), to znowu super świetne naturalne kosmetyki, które są tak wspaniałe, że same wskakują do koszyka. Ale to nic, bo przecież będę mogła o nich napisać na blogu… A dziewczynkom przecież MUSZĘ kupić te cudowne sukieneczki, których teraz zimą być może nie nałożą, ale za to na wiosnę, do zdjęć, będą wyglądały tak słodko… No i skoro już i tak zamawiam to jedzenie, a właśnie jest promocja na… Przecież później nie będzie mi się opłacało tego zamawiać oddzielnie, to już sobie wezmę teraz…

 

Czy to brzmi troszeczkę znajomo? Jeśli nie, to znowu zazdroszczę i zaczynam Cię coraz bardziej nie lubić 😉

Bardzo staram się zatem cieszyć tym, co mam. Moja szuflada z zapasami kosmetycznymi trochę pomaga mi w ograniczaniu nowych zakupów. Od kiedy wszystkie zapasy mam w jednym miejscu, rzeczywiście jestem bardziej świadoma tego, co mam. I wiem, że nie, wcale nie potrzebuję szamponu na zapas, bo w szufladzie leży już pięć szamponów na zapas. Gdy tylko nachodzi mnie ochota na dokupienie jakiegoś kosmetyku, który na pewno się przyda w przyszłości, zaglądam do szuflady i wiem, że ta przyszłość może być bardzo odległa. Planuję jeszcze zrobić spis kosmetyków z podziałem na kategorie, bo wiem, że u wielu osób to się sprawdza. Zdecydowanie mamy dzięki temu większą kontrolę nas tym, co posiadamy.

 

Biję się z myślami, czy nie wprowadzić metody „jeden za jeden” lub „jedno wchodzi, drugie wychodzi” lub „one in, one out”. Jakkolwiek by jej nie nazwać, chodzi po prostu o to, aby w miejsce jednej zakupionej rzeczy, innej pozbywać się z domu. Lub kupić coś dopiero, gdy coś nam się skończy. Jest to dobra metoda na utrzymanie w ryzach określonej ilości rzeczy, po to, aby po oczyszczaniu nie zalała nas niepostrzeżenie kolejna fala przedmiotów. Całkiem mądra metoda. Zastanawiam się jednak, czy chcę aż taki rygor sobie narzucać w kwestii rzeczy. Nie chciałabym przecież, żeby zakupy i przemioty zaczęły we mnie wywoływać jakieś dziwne lęki („o nie! mam jedną rzecz za dużo!”). Na razie zatem raczej tłumaczę sobie sama pewne kwestie, niż zmuszam się do czegokolwiek i zobaczymy jak to wyjdzie.

 

 

W ograniczaniu na pewno pomaga mi również ciągłe motywowanie się. Dalej więc dużo czytam o minimalizmie, prostocie i sprzątaniu. Jeśli oglądam coś na youtubie, to raczej nie haule zakupowe, a filmy dotyczące porządkowania, sprzątania czy minimalizowania. No i czasami też haule…

Takie zanurzenie umysłu w danym temacie mi bardzo pomaga. Wydaje mi się, że po prostu robię sama sobie małe pranie mózgu 🙂 Czy to dobrze, czy źle – nie wiem. Ważne, że działa.

 

 

Jeśli macie jakieś inne świetne metody na walkę z bałaganem i nadmiarem przedmiotów, to mam nadzieję, że się nimi ze mną podzielicie. A ja zabieram się w końcu za sprzątanie w dokumentach i innych papierach… Życzcie mi powodzenia! 🙂

 

 

Dolna półka jeszcze do ogarnięcia. Tylko gdzie ja teraz wstawię nowe książki???

 

 

 

A tutaj jeszcze TYLKO DLA LUDZI O MOCNYCH NERWACH  – jak to wyglądało wcześniej. No i wychodzi na to, że po prostu jesteśmy bałaganiarzami 😉

 

 

 

 

 

BUZIAKI!!!

 

 

  • Nikuś

    I tak Kochana dużo zrobiłaś- a to odgracanie to etap który u każdego trwa inaczej:-)))Potem już pilnujemy i czyścimy z kurzu itd Ja też się uzaleznilam od odgracania 🙂

    • Wciąga niesamowicie 🙂

  • Obecnie również staram się ograniczać przypływ rzeczy i stosować minimalizm gdzie tylko się da, to bardzo pomaga w utrzymaniu porządku.

    • Oj zdecydowanie pomaga 🙂

  • Oj zabawki w salonie to moja zmora :/

    • Ja to już przestałam wierzyć w to, że te zabawki kiedykolwiek stąd znikną 😉

  • Nikuś

    A w ogóle to Emilka na tym zdjęciu wygląda jak mała wersja Ciebie’ -baardzo do Ciebie podobna- wystarczy zmienić kolor włosów i cała Ty:-)