Roczny Projekt Szczęście – Styczeń czyli Zdrowie i tu już nie jest tak łatwo…

Hej 🙂

 

 

Styczeń dobiega końca, a ja jeszcze ani razu nic nie pisałam na temat mojego Projektu Szczęście. Nie, nie porzuciłam go, choć muszę przyznać, że grudzień był dla mnie dużo łatwiejszy niż styczeń…

 

 

Zgodnie z harmonogramem, plany na styczeń były takie:

 

Styczeń – Zdrowie

Nie wyobrażam sobie siebie – szczęśliwej i jednocześnie nie mającej zupełnie energii. Zdrowie to kolejny wielki punkt na mojej drodze do szczęścia.
  1. Pożywienie
  2. Aktywność i sen
  3. Stres
  4. Więcej energii

 

 

 

I muszę od razu na wstępie przyznać, że jest DUUUŻO trudniej niż w poprzednim miesiącu poświęconym na porządkowanie. Zdrowie to rejon bardzo dla mnie ważny od zawsze (a przynajmniej od jakichś 12 lat), a jednocześnie niestety chyba jest to rejon najbardziej przeze mnie zaniedbany. Od kiedy pamiętam, zawsze właśnie przechodzę na zdrową dietę i od poniedziałku rozpoczynam regularne ćwiczenia 😉

 

W ostatnim roku jednak udało mi się poczynić trochę postępów. I choć nie do końca regularnie, to jednak ćwiczyłam. I jadłam też lepiej, choć zdarzały mi się co jakiś czas spore odstępstwa (i to nie na zasadzie 80% zdrowo, 20% pobłażania…). Moje wielkie grzechy to pizza i wszystko, co można w jakikolwiek sposób podciągnąć pod kategorię słodyczy. I ok, wszystko można z umiarem, ale jedzenie pół opakowania ptasiego mleczka na raz raczej ciężko podciągnąć pod umiar 😉

 

To tyle mojej historii z ostatnich lat. A jak radzę sobie w tym miesiącu?

Po pierwsze postawiłam na aktywność fizyczną wykonywaną codziennie. Tak, codziennie! Ja chyba inaczej nie potrafię. Jeśli postanawiam ćwiczyć na przykład 3 dni w tygodniu, to nigdy nie kończy się to dobrze, bo moje dni „odpoczynku” przedłużają się i kolejne ćwiczenia ostatecznie odkładam w nieskończoność „na jutro”. A zatem teraz ćwiczę codziennie i nie ma żadnych wymówek. I to działa! I żeby nie było tak kolorowo, to od początku miesiąca (a mamy dziś 20.01) zdarzyły mi się jakieś dwa lub trzy dni bez żadnych ćwiczeń, ale traktuję je jako wypadek przy pracy. Każdemu może się zdarzyć, prawda? Ale tym razem jeden dzień niećwiczenia nie był dla mnie pretekstem do powtórzenia tego następnego dnia.

 

 

 

Jak to się dzieje, że na mnie działa codzienne ćwiczenie? Chyba po prostu nie mam pretekstu do szukania wymówek, że to nie dziś jest dzień ćwiczeń. Nie ma też miejsca na jakiekolwiek zastanawianie się, czy to dziś miałam ćwiczyć czy też nie. Nie ma miejsca na decyzje, które dni są dniami treningowymi, bo po prostu wszystkie takie są. I ostatecznie, ustaliłam sobie pewnego rodzaju poranny rytuał, którego częścią są właśnie ćwiczenia, więc od kiedy stanowią one stały plan dnia, to nie muszę się wcale do nich zmuszać. Po prostu są w planie codziennie i już powoli się do tego przyzwyczajam.

 

 

Dlaczego ćwiczę rano? Po pierwsze to jest ten czas, kiedy zazwyczaj mam jeszcze spokój (moje trzy nieudane dni, to te, kiedy dzieci obudziły się w tym samym czasie, co ja i nie zdążyłam poćwiczyć rano, a później w ciągu dnia jakoś nie udało mi się zebrać – to wskazówka potwierdzająca, że ranek to jest ten najlepszy moment). Po drugie, rankiem udaje mi się wyprzedzić mój protestujący mózg. Po prostu zaczynam ćwiczyć, dopóki on jeszcze nie zdąży wymyślić żadnej wymówki 😉

 

 

Czy jestem szalona ćwicząc codziennie? Hmm, może i nie jestem taka do końca normalna, ale akurat w kwestii ćwiczeń jestem zwykłym leniwym kanapowcem o niezbyt dobrej kondycji, więc wcale nie mam zamiaru zaćwiczyć się na śmierć. Moje „dni treningowe” (czyli wszystkie) nie polegają na wyciskaniu potów i ciężarów na siłowni przez półtorej godziny. Chciałabym, ale niestety wiem, że muszę zaczynać powoli i spokojnie tak, aby się nie zniechęcić. A zatem ustaliłam sama ze sobą, że jeśli kompletnie nie mam ochoty nic zrobić, to wykonuję jakąś aktywność przynajmniej przez kilka minut (znalazłam nawet fajne pięciominutowe treningi, które naprawdę dają kopa!). I jeśli po tych kilku minutach nadal mi się nie chce, to uważam aktywność za zaliczoną i odpuszczam dalszego zmuszania się. Zazwyczaj jednak okazuje się, że tylko nie chciało mi się zacząć, a dalej już leci z górki. Nie przesadzam zatem, a czas mojej średniej dziennej aktywności (w te dni kiedy bardziej mi się chce) wynosi między 15 a 40 minut.

 

 

A co robię? Przede wszystkim ćwiczę jogę, bo to uwielbiam i zazwyczaj nawet nie muszę się jakoś mocno zmuszać 😉 Czasami robię trochę podstawowych ćwiczeń siłowych z ciężarem ciała (brzuszki, przysiady, wykroki, pompki). Czasami, gdy mam wyjątkowy humor, albo więcej czasu, wyszukuję sobie jakiś nowy trening na YT. I tyle. Nic skomplikowanego, nic ciężkiego, nic przerażającego i odpychającego. Nie mam żadnego planu treningowego, po prostu robię danego dnia to, na co mam ochotę. I nawet już widzę efekty w postaci trochę silniejszych mięśni ramion 😀

 

 

A pożywienie?

Plan jest taki, aby było ono jak najmniej przetworzone, dużo warzyw, owoców, nasion, orzechów, kasz i pełnego ziarna. Dużo wody.

A jak w praktyce? Tu już nie jest tak różowo. Po pierwsze cholernie ciężko było z tymi słodyczami. Zwłaszcza, że one zawsze pojawiają się u mnie w domu nie wiadomo skąd… W ciągu ostatnich kilku dni widać postęp, ale jeszcze nie chcę zapeszać… 🙂 W pierwszym tygodniu skoncentrowałam się na wodzie. Szło mi całkiem nieźle (plan na początek, to conajmniej butelka wody dziennie plus herbaty ziołowe i zielone). Moją zmorą jest też kawa, która odciąga mnie od porannego wodopoju. A że podobne przyciąga podobne, to gdy rozpoczynam dzień od kawy, to po dwóch godzinach nie myślę o niczym innym, jak o drugiej kawie.

Kiedy w drugim tygodniu zaczęłam się koncentrować na jedzeniu, to zapomniałam o wodzie… 😀 Ale muszę też sama siebie pochwalić, że jednak tych warzyw i owoców jest u mnie obecnie zdecydowanie więcej niż tych niechcianych posiłków. Czuję jednak, że to jest dziedzina, nad którą będę musiała mocno popracować w ciągu najbliższych tygodni.

 

 

 

 

 

A co ze szczęściem?

Czy te wprowadzane przeze mnie w tym miesiącu zmiany sprawiły, że czuję się bardziej szczęśliwa? Hmm… 😉

Muszę Wam przyznać, że pogoń za styczniowymi postanowieniami sprawiła, że trochę zapomniałam, jaki był główny przyświecający mi w tym Projekcie cel – czyli bardziej intensywne poczucie szczęścia. Na pewno każda pojedyncza aktywność fizyczna sprawiła, że czułam się trochę lepiej i byłam bardziej szczęśliwa zaraz po jej wykonaniu.

Jednak chyba nie wystarczająco w tym miesiącu koncentrowałam się na tych moich odczuciach. Od teraz zatem będę częściej przypominać sobie, o co w tym wszystkim chodzi. Będę też bardziej cieszyć się każdą chwilą aktywności i każdym zdrowym posiłkiem.

 

A postanowienie z poprzedniego miesiąca, czyli odgracanie, trwa w najlepsze.Wciągnęło mnie na tyle, że dalej sporo mojej energii i czasu przeznaczam na porządkowanie i pozbywanie się rzeczy. W jakiś sposób chyba weszło mi to już w nawyk (to chyba potwierdzenie teorii, że jeśli robimy coś przez 21 dni, to ostatecznie staje się to nawykiem). Przedwczoraj naszykowałam kolejne dwie torby naszych ciuchów do oddania i sprzedałam kilka książek. Czuję, że w tym temacie w domu mogę jeszcze wiele zrobić, więc i na blogu na pewno ten temat powróci.

 

 

Mój Projekt Szczęście zazębia się z początkiem roku. Rozpoczęłam go w grudniu, ale w każdym kolejnym miesiącu zajmuję się nowym postanowieniem. Ciekawa jestem, czy i Wy od stycznia wprowadzacie jakieś zmiany w Waszym życiu? Jakieś postanowienia? Dieta? Oszczędzanie? 🙂 

 

 

  • Jestem naprawdę pod wrażeniem (to tak z perspektywy innego leniwca kanapowego, który jak nie musi to za nic w świecie nie zrobi) 😀 Ta joga mnie poruszyła najbardziej. Bo ilekroć słyszę „ruch to zdrowie, warto ćwiczyć itd” powoduje to we mnie automatycznie chęć ucieczki 😀 Ale jogę.. w sumie lubiłam.. i jakoś to wyparłam :DD Może to jest sposób? 😀 ❤
    Powodzenia! W tym osiąganiu szczęścia najbardziej 😉

    • Dziękuję 🙂 I też mi się wydaje, że trzeba znaleźć to, co się lubi, to takie zmuszanie się na siłę byle coś robić pewnie nie da pozytywnych efektów. No chyba że ktoś się lubi wkurzać 🙂