Naturalne kosmetyki, Pielęgnacja, Ulubieńcy, Uncategorized

Ulubieńcy listopada 2017

Hej 🙂

 

 

Siadam do tego wpisu dokładnie 1 grudnia. Przez okno patrzę na drzewa przykryte puszystą śniegową kołderką. W domu jest niesamowita cisza. Dziewczynki jeszcze śpią, a mi włączył się właśnie na dobre przedświąteczny nastrój. Już rozmyślam nad wpisami na bardziej zimowe tematy, a zatem najwyższa pora, aby zamknąć listopad wpisem o ulubieńcach.

 

 

 

Niemal wszystkie kosmetyki, po które sięgałam w tym miesiącu mogłabym uznać za ulubieńców. Z jakiegoś powodu w listopadzie właśnie wprowadziłam sobie, całkiem nieświadomie, niemalże rutynowo wykonywany harmonogram pielęgnacyjno-makijażowy. Tłumacząc z mojego języka na bardziej blogowy: chyba po prostu samoistnie powstały mini rutynki. Nie planowałam tego, po prostu niemal codziennie sięgałam po te same ulubione produkty. O wszystkich Wam dziś nie opowiem, bo byłoby tego za dużo. Opowiem o tych najfajniejszych.

 

 

 

  • Peeling z niebieską glinką i oliwką Organic Shop

 

Jaki to jest przyjemny peeling! W ogóle się tego po nim nie spodziewałam. Przede wszystkim ma dobrą przyczepność. Nie wiem, czy takie określenie pojawiłoby się w słowniczku kosmetycznym, ale mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi? Po prostu dobrze przyczepia się do skóry, co sprawia, że wykonywany masaż jest po pierwsze bardzo przyjemny, a po drugie skutecznie usuwa martwy naskórek. Peeling w widoczny sposób wygładza i ujędrnia skórę, co zauważyłam nie tylko ja… 😉 Mogę porównać jego działanie do regularnego masażu szczotką na sucho. Z tym, że przy szczotkowaniu taki efekt jest widoczny po kilku masażach, a w przypadku tego specyfiku już po pierwszym użyciu można zauważyć poprawę w wyglądzie skóry. Do tego peeling ma bardzo intensywny, lecz ciekawy zapach. Bardzo lubię po niego sięgać. Moje opakowanie jest już na wykończeniu i na pewno kupię następne.

 

 

 

 

  • Naturalne masło kawowe Your Natural Side

 

Ten zapach! To jest po prostu zapach prawdziwej kawy. Dla kawoholiczki wprost wymarzony. Na tym mogłabym pewnie zakończyć, bo już sam ten zapach sprawia, że masełko ląduje wśród moich ulubionych maseł. Lecz dodatkowo, masło kawowe Your Natural Side jest też bardzo dobrym kosmetykiem. Jest to masełko z typu tych dobrze wchłaniających się  (jak już mam być bardzo dokładna, to w składzie nie ma samego oleju kawowego, jest w nim również olej roślinny, a dokładnie palmowy, lecz mam nadzieję, że producent, do którego już po moich wcześniejszych doświadczeniach zdążyłam nabrać zaufania, nie wrzucił nam tu byle czego). I oczywiście tak, jak inne naturalne oleje i masła, to masełko możemy nakładać na twarz, ciało i włosy, a także dodawać do wody podczas kąpieli. Ja stosuję zazwyczaj pod oczy, na usta i na dłonie, lecz z mojego doświadczenia wynika, że nadaje się ono bardzo dobrze niemal do wszystkiego. Do włosów jeszcze nie próbowałam. Jak się skończy, kupię ponownie (można je znaleźć tutaj). Choć jest wydajne, więc pewnie nie nastąpi to prędko.

 

 

 

  • Olej konopny Nature Queen i żel aloesowy

 

To jest mój zestaw pielęgnacyjny na czas braku czasu i ochoty na bardziej skomplikowaną pielęgnację. A więc praktycznie bez przerwy… Cóż mam poradzić, listopad był szybki, zajęty, trochę męczący, nie zostawiał mi wiele czasu na przyjemności. Pod koniec listopada zaczęłam wprowadzać kilka nowości i wydaje mi się, że zawładną one grudniowymi ulubieńcami, a moja pielęgnacja będzie odrobinkę bardziej skomplikowana. Ale wcześniej świetnie sprawdzał się ten minimalistyczny duet. Nie zawsze oczywiście się sprawdzał i czasami potrzebowałam czegoś więcej, ale zazwyczaj po prostu mieszałam pompkę żelu aloesowego z pompką oleju, wsmarowywałam i już byłam gotowa na podbój świata. Lub sypialni. Tak, ponieważ zestaw ten w listopadzie dawał radę i wieczornej i porannej pielęgnacji.

 

 

 

  • podkład mineralny Pixie Minerals Love Botanicals

 

Ten podkład na pewno zasługuje na odrębną recenzję. Pewnie kiedyś się o taką pokuszę, teraz jednak myślę, że jest na nią jeszcze troszeczkę za wcześnie. Podkład mam u siebie od początku listopada, więc chciałabym go trochę więcej poużywać, aby poznać go od każdej możliwej strony i w każdej możliwej sytuacji. A jednak na miano ulubieńców listopada już zdecydowanie zasłużył. Zwyczajnie był moim ulubionym podkładem w tym miesiącu. A ponieważ ja zdecydowanie bardziej lubię podkłady kremowe, to naprawdę wiele znaczy to, że ulubieńcem został sypki podkład mineralny. Jest on po prostu bardzo dobrym podkładem. Fajnie wygładza skórę, ma dość mocne krycie, a efekt daje mimo to bardzo naturalny. Nie czuć go na twarzy, a skóra wygląda pięknie. Mój odcień to Shell Beige.

 

 

 

  • naturalny olejek eteryczny z lawendy

 

Początek chłodnych dni oznacza u mnie początek intensywnej domowej aromaterapii i rozprowadzania w naszej małej przestrzeni cudownych naturalnych olejków eterycznych. W sezonie letnim również lubię sięgać po mój dyfuzor, jednak nie robię tego tak systematycznie, jak teraz. Teraz bowiem, oprócz poprawy nastroju, olejki eteryczne służą mi również za sprzymierzeńców w ochronie przeciw czynnikom chorobotwórczym. Dlatego właśnie najczęściej obecnie sięgam po olejek lawendowy, który ma działanie antybakteryjne i przeciwwirusowe. A do tego tak pięknie pachnie 🙂

 

 

 

  • tint do ust i policzków 100% Pure w odcieniu Cranberry Glow

 

I na koniec coś, co zdecydowanie sprawia, że te jesienne pochmurne dni były dla mnie dużo bardziej kolorowe. Gdy tylko chciałam poprawić sobie humor, sięgałam w listopadzie po pomadkę – tint mojej ukochanej marki 100% Pure w przepięknym czerwonym odcieniu. Jak sama nazwa wskazuje, jest to kosmetyk, który można nakładać zarówno na usta, jak i policzki. Zdecydowanie bardziej lubię tę pomadkę na ustach, choć czasami nakładam ją również, jako róż do policzków. Takiego właśnie koloru brakuje mi jesienią (ehhh świeże truskawki i czereśnie…) i chyba dlatego z taką ochotą sięgam po czerwień na ustach. Poza tym, pomadka pielęgnuje i nawilża skórę, a do tego skład, jak wszystkich tych kosmetyków jest niesamowity.

 

 

 

Jak widać, w tym miesiącu nie miałam problemu w wyborem ulubieńców. To były po prostu kosmetyki, po które sięgałam bez przerwy. Powstała oczywiście również wersja tego wpisu do oglądania i pojawi się gdzieś tutaj na moim kanale youtube, gdy tylko ją troszeczkę bardziej ogarnę.

 

 

 

 

 

 

  • Olej konopny i aloes.. też ubóstwiałam swojego czasu 😀 Tint 100% Pure.. damn, kolejna rzecz tej marki, która brzmi jak coś co muszę mieć! Ciekawi mnie niezmiernie jak to to działa O.o A, no i jeszcze lawendę cenię tak samo, ma miliony zastosowań ❤

    • U mnie jest tak, że co tylko zobaczę marki 100% Pure, to od razu wydaje mi się, że muszę to mieć… ale tinty bardzo przyjemne i miło się z nich korzysta, więc mogę polecić 😉